Kilka
następnych dni upływa mi na zapoznaniu się z nowym miejscem
zamieszkania i przystosowaniu do nowego trybu życia. Zajęcia w
szkole muzycznej, były bardzo wymagające i wymagały ode mnie
dużego zaangażowania. Skupiałam się tylko na nich, nie mając
czasu praktycznie na nic innego. Może poza wymienianiem, niezbyt
grzecznych uwag ze swoim sąsiadem, kiedy to przypadkiem spotykaliśmy
się na schodach. Choć
w
zasadzie ciężko było to nazwać przypadkami, czy zbiegami
okoliczności. Miałam wrażenie, że on celowo wychodzi ze swojego
mieszkania, w tym samym momencie, co ja. Tylko po to, aby po raz
kolejny wyprowadzić mnie z równowagi.
Właściwie
tylko dla mnie był tak niemiły. Nieraz miałam
już okazję zauważyć,
jak zwracał się z należytym szacunkiem do innych
mieszkańców.
Będąc
dla nich miłym i uczynnym. Uśmiechał
się wtedy szczerze, a ja sama wielokrotnie złapałam się na tym,
że podobał mi się ten sposób w jaki się uśmiechał. Szybko
jednak, przypominałam sobie o jego okropnym zachowaniu wobec mnie.
Zupełnie nie wiedząc, dlaczego aż tak bardzo się na mnie uwziął.
Czasami
zastanawiałam się,
która z jego twarzy jest prawdziwa. Ta, którą przybierał w
kontaktach ze mną, czy może jednak ta druga. Dużo bardziej
korzystna. Kiedy
to wydawał się całkiem miłym i sympatycznym człowiekiem, którego
przy bliższym poznaniu mogłabym polubić. Najśmieszniejsze
było jednak to, że wciąż nie znałam nawet jego imienia. Choć
gościł w moich myślach praktycznie codziennie. A w pewnym momencie stał się jednym z elementów mojej codzienności, gdzie przywykłam do naszych niekończących się sprzeczek. Traktując je, jak coś normalnego.
W
piątkowe popołudnie, po skończonych zajęciach. Nareszcie mogłam,
przynajmniej przez chwilę odpocząć. Wiedząc, że nie będę miała
na to później okazji. Mimo, że weekendy miałam wolne od zajęć.
To nie były, to dla mnie dni odpoczynku. Pracowałam w jednej z
wielu kawiarni w mieście, chcąc w ten sposób dorobić do swojego,
niezbyt dużego budżetu. Czułam jak z każdym dniem, robiłam się
coraz bardziej zmęczona, natłokiem
obowiązków.
Nie miałam jednak zamiaru się poddać i odpuścić. Decydując się
na tą przeprowadzkę i szkołę, doskonale wiedziałam, co mnie
czeka.
Siadam
w wygodnym fotelu, w moim prowizorycznym salonie. Zamykając
na chwilę oczy, po czym mimowolnie zasypiam.
Budzi
mnie odgłos, głośnego pukania do drzwi. Przecieram zaspane oczy i
udaję się w ich kierunku. Z zamiarem sprawdzenia, kto jest moim
niezapowiedzianym gościem.
-
Nie dostałaś przypadkiem mojego listu? Listonosz często myli
numery mieszkań i już nieraz doszło do takiej pomyłki - zaczyna
mój jakże koszmarny sąsiad. Nie siląc się nawet na żadne
powitanie.
-
Nie wiem. Nie przeglądałam, dzisiaj jeszcze poczty - spoglądam
mimowolnie na plik nie otwartych kopert i reklam, leżących na
niedużym stoliku w korytarzu.
-
Więc po prostu to sprawdź - po raz kolejny zwraca się do mnie
nieprzyjemnym głosem. Mam ochotę wygarnąć mu, wszystko co o nim
myślę. Ale w ostatniej chwili się powstrzymuję, wiedząc że to i
tak nic nie da. Zignoruje
moje słowa jak wszystkie inne, nic sobie z tego nie robiąc.
-
Może by tak milej. Nie będziesz mi rozkazywać - mimo swoich słów,
zaczynam przeglądać koperty, aby jak najszybciej się go stąd
pozbyć. Ostatnia z nich, faktycznie nie jest zaadresowana do
mnie.
-
Proszę. Oto twoja zguba, Andreasie - mówię ironicznym głosem,
wręczając mu kopertę.
Dzięki
tej pomyłce, poznaję w końcu jego imię. Przy okazji odczytuję
też nazwisko, które wydaje mi się skądś znajome.
Nie mogę sobie tylko przypomnieć, gdzie już je
słyszałam. Postanawiam
dlatego, dać sobie z tym spokój.
-
Dziękuję bardzo za pomoc, Emily. Musiało cię to bardzo dużo
kosztować, nie mam pojęcia jak ja ci się teraz odwdzięczę -
odpłaca mi się również niezwykłą ironią, następnie znikając
tak szybko, jak się pojawił. Z
każdym dniem coraz bardziej działał mi na nerwy.
Często
przypominaliśmy swoim zachowaniem dzieci z przedszkola. Żadne
z nas jednak, nie miało najmniejszego nawet zamiaru, czegokolwiek
zmieniać. Nie znosiliśmy się bez właściwie żadnego powodu.
Mimo to,
obydwoje
byliśmy zbyt dumni, aby przynajmniej
spróbować
się ze sobą porozumieć i poznać bliżej. Przy
okazji pokonując tym samym, właściwie niczym nieuzasadnioną
niechęć.
Przyjmuję
kolejne zamówienie tego dnia. Nalewam kawy do filiżanek i układam
je na tacy. Podczas dzisiejszego dnia, w kawiarni panuje wyjątkowy
tłok. Nie mam nawet chwili wytchnienia, ponieważ
nieustannie pojawiają się nowi goście. Chcący spędzić przyjemne
weekendowe popołudnie w towarzystwie rodziny lub
przyjaciół.
Podchodzę
do jednego ze stolików, położonych przy oknie. Z zamiarem
przyjęcia zamówienia od samotnego, młodego
mężczyzny, wpatrującego się z dużym zamyśleniem przez okno. Nie
potrafię zachować wobec niego obojętności. Intryguje mnie swoim
sposobem bycia i pewnością siebie, którą wprost emanuje. Nie
mogłam też zaprzeczyć, że był przystojny i całkiem w moim
typie.
-
Mogę przyjąć zamówienie? - pytam, miłym głosem. Delikatnie się
uśmiechając.
-
Jedno espresso - mówi. Wpatrując się we mnie z niespodziewaną
uwagą. Przy okazji posyłając czarujący uśmiech.
-
Za chwilę podam - informuję, po czym udaję się w stronę baru.
Starając się ukryć rumieńce pojawiające się na moich
policzkach. Jego spojrzenie było tak intensywne, że przez chwilę
zapomniałam nawet, jak się nazywam.
Przywołuję
się szybko do porządku, starając się jak najlepiej wykonywać
swoją pracę. A na pewno, nie jest nią interesowanie się
przystojnymi klientami.
-
Proszę. O to pańska kawa. Mam nadzieję, że będzie smakować -
staram się zachować profesjonalizm i zapanować nad tym
niespodziewanym zainteresowaniem, akurat tym mężczyzną.
-
Byłaby jeszcze lepsza, gdybym mógł ją wypić w twoim
towarzystwie. Może dołączysz? - pyta nieoczekiwanie, a ja
uświadamiam sobie, że nie miałabym nic przeciwko temu, gdybym nie
była w pracy.
-
Niestety nie mogę. Pracuję - odpowiadam z rozczarowaniem. Wiedząc,
że takie zaproszenie może się już nie powtórzyć. A nie mogę
oprzeć się wrażeniu, że ta znajomość mogłaby być owocna.
-
Szkoda.
W
takim razie innym razem. Powiesz mi chociaż jak masz ma imię? -
patrzy na mnie z wyczekiwaniem.
-
Emily - odpowiadam mimowolnie.
-
Marc. Miło mi - wymieniamy uścisk dłoni, a przez moje ciało
przechodzi dreszcz. Nie mam pojęcia, dlaczego on tak na mnie działa.
Przecież jeszcze niedawno postanowiłam sobie, że to nie jest pora
na żadne bliższe znajomości.
Mimo
to wymieniamy się numerami telefonów z zamiarem spotkania w
niedalekiej przyszłości.
Wieczorem
wracam do domu w dobrym humorze, przede wszystkim z powodu poznania
Marca.
Przez
całą drogę o nim rozmyślam i zastanawiam, czy rzeczywiście
jeszcze zadzwoni. Wchodząc
do wieżowca, w którym mieszkam. Dostrzegam starszą panią,
trzymającą torby z zakupami. Nie najlepiej radzi sobie z wnoszeniem
ich po schodach.
-
Pomogę pani - staję obok niej i bez większego zastanowienia. Biorę
od niej siatki z zakupami. Kojarzę,
że mieszka piętro niżej niż ja.
-
Dziękuję, jesteś bardzo miła - od małego, rodzice starali się
wytłumaczyć mi i Tinie, że należy pomagać starszym i
słabszym. Dlatego
był to dla mnie naturalny odruch.
-
Nie ma za co pani dziękować. To przecież nic takiego.
-
Mylisz się. Wiesz jak wiele osób tu mieszka? A jedynie ty i
Andreas, zaoferowaliście
mi kiedykolwiek,
jakąś
pomoc - wspomnienie o moim sąsiedzie, bardzo mnie zaskakuje. Nie
spodziewałam się po nim czegoś takiego.
Dochodzimy
pod drzwi mieszkania pani Elinor, gdzie odstawiam jej zakupy. I
czekam aż odnajdzie klucze i będzie mogła wejść do środka.
-
Jeszcze raz dziękuję za pomoc Emily. W ramach podziękowań
zapraszam cię jutro popołudniu na herbatę. Będziemy mogły dłużej
porozmawiać - nie mam nic przeciwko temu i z uśmiechem na ustach,
zgadzam się na to. Polubiłam panią Elinor i z chęcią poznam ją
bliżej. Wydaje się bardzo ciepłą osobą
i
przemiłą
kobietą. Zupełnie jak moja zmarła babcia, którą
bardzo
mi przypomina.
-
Będę jutro o szesnastej.
Do zobaczenia - żegnam się z nią i udaję na wyższe piętra.
Chcąc znaleźć się u siebie.
Nie mając jeszcze pojęcia, że na nasze jutrzejsze spotkanie,
zaproszono jeszcze jednego gościa.