czwartek, 30 listopada 2017

Rozdział 2


Kilka następnych dni upływa mi na zapoznaniu się z nowym miejscem zamieszkania i przystosowaniu do nowego trybu życia. Zajęcia w szkole muzycznej, były bardzo wymagające i wymagały ode mnie dużego zaangażowania. Skupiałam się tylko na nich, nie mając czasu praktycznie na nic innego. Może poza wymienianiem, niezbyt grzecznych uwag ze swoim sąsiadem, kiedy to przypadkiem spotykaliśmy się na schodach. Choć w zasadzie ciężko było to nazwać przypadkami, czy zbiegami okoliczności. Miałam wrażenie, że on celowo wychodzi ze swojego mieszkania, w tym samym momencie, co ja. Tylko po to, aby po raz kolejny wyprowadzić mnie z równowagi.
Właściwie tylko dla mnie był tak niemiły. Nieraz miałam już okazję zauważyć, jak zwracał się z należytym szacunkiem do innych mieszkańców. Będąc dla nich miłym i uczynnym. Uśmiechał się wtedy szczerze, a ja sama wielokrotnie złapałam się na tym, że podobał mi się ten sposób w jaki się uśmiechał. Szybko jednak, przypominałam sobie o jego okropnym zachowaniu wobec mnie. Zupełnie nie wiedząc, dlaczego aż tak bardzo się na mnie uwziął.




Czasami zastanawiałam się, która z jego twarzy jest prawdziwa. Ta, którą przybierał w kontaktach ze mną, czy może jednak ta druga. Dużo bardziej korzystna. Kiedy to wydawał się całkiem miłym i sympatycznym człowiekiem, którego przy bliższym poznaniu mogłabym polubić. Najśmieszniejsze było jednak to, że wciąż nie znałam nawet jego imienia. Choć gościł w moich myślach praktycznie codziennie. A w pewnym momencie stał się jednym z elementów mojej codzienności, gdzie przywykłam do naszych niekończących się sprzeczek. Traktując je, jak coś normalnego.



W piątkowe popołudnie, po skończonych zajęciach. Nareszcie mogłam, przynajmniej przez chwilę odpocząć. Wiedząc, że nie będę miała na to później okazji. Mimo, że weekendy miałam wolne od zajęć. To nie były, to dla mnie dni odpoczynku. Pracowałam w jednej z wielu kawiarni w mieście, chcąc w ten sposób dorobić do swojego, niezbyt dużego budżetu. Czułam jak z każdym dniem, robiłam się coraz bardziej zmęczona, natłokiem obowiązków. Nie miałam jednak zamiaru się poddać i odpuścić. Decydując się na tą przeprowadzkę i szkołę, doskonale wiedziałam, co mnie czeka.



Siadam w wygodnym fotelu, w moim prowizorycznym salonie. Zamykając na chwilę oczy, po czym mimowolnie zasypiam.
Budzi mnie odgłos, głośnego pukania do drzwi. Przecieram zaspane oczy i udaję się w ich kierunku. Z zamiarem sprawdzenia, kto jest moim niezapowiedzianym gościem. 




- Nie dostałaś przypadkiem mojego listu? Listonosz często myli numery mieszkań i już nieraz doszło do takiej pomyłki - zaczyna mój jakże koszmarny sąsiad. Nie siląc się nawet na żadne powitanie.
- Nie wiem. Nie przeglądałam, dzisiaj jeszcze poczty - spoglądam mimowolnie na plik nie otwartych kopert i reklam, leżących na niedużym stoliku w korytarzu.
- Więc po prostu to sprawdź - po raz kolejny zwraca się do mnie nieprzyjemnym głosem. Mam ochotę wygarnąć mu, wszystko co o nim myślę. Ale w ostatniej chwili się powstrzymuję, wiedząc że to i tak nic nie da. Zignoruje moje słowa jak wszystkie inne, nic sobie z tego nie robiąc.
- Może by tak milej. Nie będziesz mi rozkazywać - mimo swoich słów, zaczynam przeglądać koperty, aby jak najszybciej się go stąd pozbyć. Ostatnia z nich, faktycznie nie jest zaadresowana do mnie.
- Proszę. Oto twoja zguba, Andreasie - mówię ironicznym głosem, wręczając mu kopertę.
Dzięki tej pomyłce, poznaję w końcu jego imię. Przy okazji odczytuję też nazwisko, które wydaje mi się skądś znajome. Nie mogę sobie tylko przypomnieć, gdzie już je słyszałam. Postanawiam dlatego, dać sobie z tym spokój.
- Dziękuję bardzo za pomoc, Emily. Musiało cię to bardzo dużo kosztować, nie mam pojęcia jak ja ci się teraz odwdzięczę - odpłaca mi się również niezwykłą ironią, następnie znikając tak szybko, jak się pojawił. Z każdym dniem coraz bardziej działał mi na nerwy. 



Często przypominaliśmy swoim zachowaniem dzieci z przedszkola. Żadne z nas jednak, nie miało najmniejszego nawet zamiaru, czegokolwiek zmieniać. Nie znosiliśmy się bez właściwie żadnego powodu. Mimo to, obydwoje byliśmy zbyt dumni, aby przynajmniej spróbować się ze sobą porozumieć i poznać bliżej. Przy okazji pokonując tym samym, właściwie niczym nieuzasadnioną niechęć.



Przyjmuję kolejne zamówienie tego dnia. Nalewam kawy do filiżanek i układam je na tacy. Podczas dzisiejszego dnia, w kawiarni panuje wyjątkowy tłok. Nie mam nawet chwili wytchnienia, ponieważ nieustannie pojawiają się nowi goście. Chcący spędzić przyjemne weekendowe popołudnie w towarzystwie rodziny lub przyjaciół.



Podchodzę do jednego ze stolików, położonych przy oknie. Z zamiarem przyjęcia zamówienia od samotnego, młodego mężczyzny, wpatrującego się z dużym zamyśleniem przez okno. Nie potrafię zachować wobec niego obojętności. Intryguje mnie swoim sposobem bycia i pewnością siebie, którą wprost emanuje. Nie mogłam też zaprzeczyć, że był przystojny i całkiem w moim typie. 
- Mogę przyjąć zamówienie? - pytam, miłym głosem. Delikatnie się uśmiechając.
- Jedno espresso - mówi. Wpatrując się we mnie z niespodziewaną uwagą. Przy okazji posyłając czarujący uśmiech.
- Za chwilę podam - informuję, po czym udaję się w stronę baru. Starając się ukryć rumieńce pojawiające się na moich policzkach. Jego spojrzenie było tak intensywne, że przez chwilę zapomniałam nawet, jak się nazywam.
Przywołuję się szybko do porządku, starając się jak najlepiej wykonywać swoją pracę. A na pewno, nie jest nią interesowanie się przystojnymi klientami.



- Proszę. O to pańska kawa. Mam nadzieję, że będzie smakować - staram się zachować profesjonalizm i zapanować nad tym niespodziewanym zainteresowaniem, akurat tym mężczyzną.
- Byłaby jeszcze lepsza, gdybym mógł ją wypić w twoim towarzystwie. Może dołączysz? - pyta nieoczekiwanie, a ja uświadamiam sobie, że nie miałabym nic przeciwko temu, gdybym nie była w pracy.
- Niestety nie mogę. Pracuję - odpowiadam z rozczarowaniem. Wiedząc, że takie zaproszenie może się już nie powtórzyć. A nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta znajomość mogłaby być owocna.
- Szkoda. W takim razie innym razem. Powiesz mi chociaż jak masz ma imię? - patrzy na mnie z wyczekiwaniem.
- Emily - odpowiadam mimowolnie.
- Marc. Miło mi - wymieniamy uścisk dłoni, a przez moje ciało przechodzi dreszcz. Nie mam pojęcia, dlaczego on tak na mnie działa. Przecież jeszcze niedawno postanowiłam sobie, że to nie jest pora na żadne bliższe znajomości.
Mimo to wymieniamy się numerami telefonów z zamiarem spotkania w niedalekiej przyszłości.




Wieczorem wracam do domu w dobrym humorze, przede wszystkim z powodu poznania Marca. Przez całą drogę o nim rozmyślam i zastanawiam, czy rzeczywiście jeszcze zadzwoni. Wchodząc do wieżowca, w którym mieszkam. Dostrzegam starszą panią, trzymającą torby z zakupami. Nie najlepiej radzi sobie z wnoszeniem ich po schodach.
- Pomogę pani - staję obok niej i bez większego zastanowienia. Biorę od niej siatki z zakupami. Kojarzę, że mieszka piętro niżej niż ja. 
- Dziękuję, jesteś bardzo miła - od małego, rodzice starali się wytłumaczyć mi i Tinie, że należy pomagać starszym i słabszym. Dlatego był to dla mnie naturalny odruch.
- Nie ma za co pani dziękować. To przecież nic takiego.
- Mylisz się. Wiesz jak wiele osób tu mieszka? A jedynie ty i Andreas, zaoferowaliście mi kiedykolwiek, jakąś pomoc - wspomnienie o moim sąsiedzie, bardzo mnie zaskakuje. Nie spodziewałam się po nim czegoś takiego. 





Dochodzimy pod drzwi mieszkania pani Elinor, gdzie odstawiam jej zakupy. I czekam aż odnajdzie klucze i będzie mogła wejść do środka.
- Jeszcze raz dziękuję za pomoc Emily. W ramach podziękowań zapraszam cię jutro popołudniu na herbatę. Będziemy mogły dłużej porozmawiać - nie mam nic przeciwko temu i z uśmiechem na ustach, zgadzam się na to. Polubiłam panią Elinor i z chęcią poznam ją bliżej. Wydaje się bardzo ciepłą osobą i przemiłą kobietą. Zupełnie jak moja zmarła babcia, którą bardzo mi przypomina.
- Będę jutro o szesnastej. Do zobaczenia - żegnam się z nią i udaję na wyższe piętra. Chcąc znaleźć się u siebie. Nie mając jeszcze pojęcia, że na nasze jutrzejsze spotkanie, zaproszono jeszcze jednego gościa.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Rozdział 1


Spoglądając na drzwi, wykonane z jasnego drewna. Czekam aż, ktoś raczy się pofatygować i mi je otworzyć. 
Zniecierpliwiona pukam kolejny raz, tym razem dużo głośniej. Mając dość czekania. Na szczęście przynosi to w końcu jakiś efekt. 
Głośna muzyka zostaje ściszona, a kilka chwil potem słyszę dźwięk przekręcanego zamka. Drzwi się otwierają i staję na przeciwko wysokiego chłopaka, przewyższającego mnie przynajmniej o głowę. Który na pierwszy rzut oka, wydaje się być w podobnym wieku do mnie. 



- Cześć. Jestem Emily, twoja nowa sąsiadka. Mógłbyś słuchać trochę ciszej, swojej muzyki? Potrzebuję się skupić, a ona mi to uniemożliwia - zaczynam grzecznie, mając nadzieję że mój rozmówca zrozumie mój punkt widzenia i spełni prośbę. 
- W takim razie masz problem. Widzisz ja w przeciwieństwie do ciebie, tylko w ten sposób potrafię się zrelaksować. Dlatego, będziesz musiała do tego przywyknąć. Nikt inny nie miał z tym do tej pory żadnych problemów. A ty pojawiłaś się, nie wiadomo skąd i już masz jakieś pretensje - dostrzegam jak nowo poznany sąsiad, jest od początku nieprzychylnie do mnie nastawiony. Patrzy na mnie z grymasem niezadowolenia i gromi wzrokiem. Zupełnie nie wiem dlaczego. Przecież nic mu nie zrobiłam, a jedynie zwróciłam grzecznie uwagę. 
- Zrozum, że potrzebuję ciszy. Przede mną jutro ważny dzień. Muszę się do niego przygotować - nie wchodzę w szczegóły, starając się przy okazji, przekonać nieznajomego do swoich racji. 
- A co mnie to obchodzi? Jest jeszcze wcześnie i mam prawo robić w swoim własnym mieszkaniu, co tylko mi się podoba - nie pozwala mi nawet nic odpowiedzieć, zamykając przed nosem drzwi z głośnym trzaskiem. 



Stoję osłupiała, jeszcze przez kilka minut, dokładnie w tym samym miejscu. Zupełnie nie rozumiejąc, jak można być aż tak niemiłym. Dodatkowo nie kulturalnym, gdyż nawet nie raczył się przedstawić. Dawno już nie miałam okazji spotkać, kogoś tak nieprzychylnego. 



Zrezygnowana wracam do siebie, znów słysząc głośną muzykę rozbrzmiewającą przez ściany. Zdenerwowana tym faktem, nie mam pojęcia co zrobić z resztą wieczoru. Skoro na grę nie mam, nawet co liczyć. Biorę więc pierwszą lepszą książkę, starając się zrozumieć czytany tekst. Ale to również mi nie wychodzi. Nie przywykłam do takiego hałasu. W domu zawsze miałam ciszę i spokój. 
Za to tutaj, już pierwszego dnia mieszkania, udało mi się wywołać sąsiedzką kłótnie. Czuję, że nie polubię się ze swoim nowym sąsiadem. Skoro już początek naszej znajomości przybrał taki obrót, aż boję się pomyśleć co będzie dalej. Od razu dało się wyczuć, że nie ustąpi. A biorąc pod uwagę, że ja również zawsze staram się postawić na swoim. Taka wymiana zdań jak dzisiaj, może się bardzo często powtarzać. 



Budzę się rano, drażniona przebijającymi się przez okna promieniami słońca. W ferworze wydarzeń wczorajszego dnia, zapomniałam zaciągnąć zasłony. Otwieram oczy i lekko się przeciągam. Próbując pozbyć się uczucia odrętwienia. 
Po chwili orientując się jednak, że coś jest nie tak. Spoglądam na zegarek i zamieram. Jest po dziewiątej, a zajęcia w szkole muzycznej trwają od dobrej godziny. Przypominam sobie o zatyczkach w uszach i mam ochotę się rozpłakać. Przez tego nie wychowanego, robiącego mi na złość osobnika, który mieszka za ścianą. Musiałam wczoraj je włożyć, aby w ogóle móc zasnąć. Dlatego też, dzisiaj nie usłyszałam budzika i najzwyczajniej w świecie zaspałam. Przez mój wyostrzony słuch, niemal od zawsze potrzebowałam idealnej ciszy przed snem, co podejrzewam tutaj będzie graniczyło z cudem. Mimo wszystko, tym problemem będę musiała zająć się trochę później.



Zrywam się na równe nogi, szukając w pośpiechu jakiś ubrań nadających się do włożenia. Następnie zbieram wszystkie potrzebne mi rzeczy i wybiegam z mieszkania. Tracę kolejne cenne sekundy, walcząc z kluczem w zacinającym się zamku w drzwiach. Przeklinając pod nosem na swojego pecha.


Całą drogę pokonuje biegnąc, co nie jest najłatwiejszym zadaniem biorąc pod uwagę torebkę i futerał ze skrzypcami, które trzymam w rękach. Na szczęście droga nie jest zbyt długa, inaczej nie dałabym rady kondycyjnie. Moja forma pozostawia wiele do życzenia.



Wbiegam do ogromnego budynku, niepewnie się rozglądając. Zastanawiam się, jak odnajdę właściwą salę w tej plątaninie korytarzy i pomieszczeń. 
Po niekończącym się błądzeniu i chodzeniu w kółko. Udaję mi się nareszcie znaleźć odpowiedni numer sali. 



Pukam niepewnie i wchodzę do środka. Niemal natychmiast kilkanaście par oczu, wpatruje się w moją osobę. Nie znosiłam takich momentów, czułam się wtedy bardzo niekomfortowo. 
- Pani Braun, jak mniemam? - słyszę podniesiony głos profesora, który wpatruję się w listę z nazwiskami. 
- Tak. To ja - odpowiadam niepewnie. Czując się okropnie pod ostrzałem tylu spojrzeń i ich dziwnych uśmiechów. 
- Przypominam pani, że w naszej szkole obowiązują pewne zasady. Nie tolerujemy spóźnień, a zwłaszcza pierwszego dnia. Jeszcze jedna taka sytuacja i będzie się pani musiała z nami pożegnać. Czy to jest jasne? - kiwam potakująco głową i zajmuję wyznaczone mi miejsce. Przy okazji spoglądając na swoje odbicie w szybie okna. Wyglądam strasznie z roztrzepanymi włosami i pogniecionym ubraniem. Uświadamiam sobie, że przez to kompletnie nie pasuję do tego miejsca.
Zrobiłam po prostu, idealne pierwsze wrażenie, myślę z przekąsem. Po raz pierwszy też, miałam ochotę zrobić coś swojemu sąsiadowi, który stał się moim najgorszym koszmarem.




Wracając po ciężkim dniu z zajęć. Mam ochotę wyłącznie iść spać. Niestety żołądek przypomina o swoim istnieniu i domaga się jedzenia. Przez cały dzień, nie miałam nic w ustach. Będąc już na ostatnich schodkach prowadzących mnie do mojego mieszkania, czuję jak ktoś mija mnie pędem i zbiega po nich w pośpiechu, o mało co mnie nie wywracając. 
- Uważaj jak chodzisz - krzyczę dostrzegając po raz kolejny. Tego bezczelnego chłopaka mieszkającego obok. A wściekłość jaka towarzyszyła mi na niego podczas całego dzisiejszego dnia, jeszcze przybiera na swojej intensywności. 



- Emily, jak ci minął pierwszy dzień? - słyszę na powitanie. Jak tylko odbieram telefon od siostry. 
- Na pewno nie tak, jak sobie zaplanowałam - odpowiadam zdenerwowana. Następnie zdając jej relację na temat szkoły. Nie omieszkam, wspomnieć także o sprawcy mojego spóźnienia. 
- Tina, nawet sobie nie wyobrażasz, jak ja go nie cierpię - kończę swoją opowieść. Słysząc głośny śmiech po drugiej stronie. 
- Przecież ty go kompletnie nie znasz. Nie wiesz nawet jak ma imię, a już wydajesz osądy. W gruncie rzeczy to, że zaspałaś to przecież nie jego wina. Przystojny jest chociaż? - ostatnie pytanie wprawia mnie w konsternację. 
- Tina! Co to ma do rzeczy? Ale skoro już jesteś taka ciekawska to powiem ci, że nie jest w moim typie. Tobie za to, na pewno by się spodobał. Ale już teraz zaznaczam, że nie mam zamiaru go bliżej poznawać. Wystarczy, że narobiłam już sobie przez niego problemów. A ty powinnaś być po mojej stronie. Przypominam ci, że jesteś moją siostrą - mówię niezadowolona. 
- I właśnie dlatego nie przyznam ci racji. Wiem, że masz skłonność do przesady i szukania na siłę problemów. Dodatkowo przydałby ci się ktoś, nie byłabyś taka samotna. Przemyśl to - wytyka mi. A ja nie mogę zaprzeczyć, wiedząc że ma rację, co do niektórych rzeczy. Tego jej jednak nie przyznam. 
- O czym ty mówisz? Samej jest mi dobrze. Tyle razy już ci mówiłam, że chcę się teraz wyłącznie skupić na grze. Nie mam zamiaru, dodatkowo zaprzątać sobie głowy jakimiś flirtami, czy czymś w tym stylu - uświadamiam ją, aby nie robiła sobie większych nadziei. 
-Jak sobie chcesz. Przekonasz się, że ta upartość, jeszcze wyjdzie ci kiedyś bokiem. Muszę się jeszcze pouczyć. Trzymaj się, Emily i nie nastawiaj się tak negatywnie do wszystkiego - Tina, żegna się ze mną. A ja uświadamiam sobie, że zaczyna mi jej brakować. 
Nie dzieli nas duża różnica wieku, bo zaledwie dwa lata. Dlatego bardzo dobrze się dogadujemy i od niepamiętnych czasów, wspieramy się nawzajem. 



Pijąc ciepłą herbatę i szukając czegoś interesującego w telewizji. Zaczynam analizować słowa siostry, może ona faktycznie ma rację i brakuje mi drugiej osoby, która będzie obok mnie. Po głębszym zastanowieniu, dochodzę do wniosku, że jednak sukces i chęć udowodnienia sobie i innym, że mam talent. Jest w tym momencie dla mnie najważniejsza i mam wyłączny zamiar skupiać się tylko na tym.

piątek, 24 listopada 2017

Prolog


Pakuję ostatnie sentymentalne drobiazgi do kartonu, a  pokój który do niedawna nazywałam swoim własnym, pustoszeje w coraz szybszym tempie. Już jutro na dobre pożegnam się z tym miejscem, które znam od urodzenia. Przeżyłam tu wiele wspaniałych chwil i godnych zapamiętania wspomnień. Czas jednak, ruszyć do przodu i otworzyć nowy rozdział. 
Zaczynam nowy etap w swoim życiu. Postanowiłam się usamodzielnić i opuścić rodzinny dom. Wiedząc, że tylko w ten sposób, mogę osiągnąć dawno założone sobie cele.


- Nadal nie mogę uwierzyć, że się wyprowadzasz. Jesteś pewna tej decyzji? - w progu staje, moja młodsza siostra. Zadając mi to samo pytanie, co pozostali członkowie rodziny. W ciągu ostatnich kilku miesięcy.
- Tak, jestem. Wiesz przecież, że te przenosiny to jedyne wyjście. Tylko tak, mogę spełnić swoje marzenia. I przekonać się, czy rzeczywiście posiadam talent.
- Rozumiem. Ale my po prostu martwimy się o ciebie. Będziesz sama z dala od domu i rodziny. Dodatkowo będziesz musiała znaleźć jakąś dodatkową pracę, aby móc się utrzymać. Oszczędności jakie posiadasz, za swoje dotychczasowe sukcesy na długo nie wystarczą. Jakim cudem pogodzisz ze sobą naukę i pracę?
- Tina, nie martw się. Poradzę sobie. Czasami spełnianie swoich marzeń, trochę kosztuje. Ale jestem gotowa na poświęcenie i wyrzeczenia z tym związane.



Marzę o zostaniu, znaną na całym świecie skrzypaczką. I regularnym występowaniu w monachijskiej filharmonii. Jednak, aby się to udało muszę się przenieść do miasta z najlepszą szkołą muzyczną w Niemczech, gdzie pracują najwybitniejsi fachowcy w swojej dziedzinie. W innym wypadku, utknę w jednym miejscu. A za jakiś czas, będę musiała zacząć traktować skrzypce, jako zwykłe hobby. 

Od dziecka podporządkowałam muzyce i skrzypcom, całe swoje życie. Każdy mój dzień był wypełniony nauką i grze na instrumencie. Przez co, właściwie nie posiadałam żadnych bliższych znajomych. Odkąd tylko pamiętam, liczyło się dla mnie jedno. Dlatego nie mam zamiaru się poddać i tego zmarnować. 



- Uważaj na siebie. I pamiętaj, że w każdej chwili możesz wrócić do domu - słyszę na pożegnanie od taty, który w dużej mierze pomógł mi z przeprowadzką. Nadal nie dowierzam, że za kilka chwil zostanę tu sama. Zdana wyłącznie na siebie.
- Wszystko będzie dobrze. Nie musicie się martwić. Przekaż to mamie i Tinie - przytulam się do niego, po czym macham mu na pożegnanie. Patrząc jak wyrusza w drogę powrotną do domu.



Otwieram drzwi, prowadzące do wynajętego przeze mnie niewielkiego mieszkania. Dwa średniej wielkości pokoju, może nie robią oszałamiającego wrażenia. Ale dla mnie w zupełności wystarczą. Wyglądam przez okno jednego z nich, dostrzegając niezbyt urokliwą ulicę oraz nieustannie przejeżdżające po niej samochody. Będę musiała się przyzwyczaić do nowego widoku, zupełnie innego od tego, który towarzyszył mi przez ostatnie lata życia. Oraz niespotykanego dotychczas zgiełku, wielkiego miasta.
Spoglądam na kilkanaście nierozpakowanych kartonów. Wiedząc, że powinnam jak najszybciej zabrać się za ich rozpakowywanie. I mieć to już za sobą.



Wieczorem, gdy udaje mi się znaleźć odpowiednie miejsce, dla wszystkich moich rzeczy. Chcę jeszcze poćwiczyć, przed jutrzejszymi, moimi pierwszymi zajęciami. Wyznaję zasadę, że najważniejsze to być przygotowanym i na samym początku zrobić dobre wrażenie. Jeśli od razu pokażę, na co mnie stać. Być może w przyszłości będzie mi, łatwiej i zostanę doceniona.



Zaczynam grać, a palce delikatnie i z wyuczonym automatyzmem trafiają w odpowiednie struny, natomiast smyczek gładko sunie po instrumencie, wygrywając nakazane przeze mnie nuty.
Gdy powoli zatracam się w swój własny świat, gdzie istnieje tylko instrument i ja. Skupienie odbiera mi głośna muzyka, dobiegająca za ściany. Nie spodziewałam się czegoś takiego, podczas wstępnej rozmowy z właścicielem mieszkania. Dostałam zapewnienie, że moi przyszli sąsiedzi to spokojni ludzie, którzy nie będą sprawiać mi żadnych problemów. I będę mogła w spokoju skupić się na grze.


Wzdycham z niezadowoleniem i wychodzę z mieszkania. Spoglądając na drzwi położone naprzeciwko moich. Pukając w nie, jeszcze nie przeczuwałam, że w ten oto sposób rozpocznę wojnę z najbardziej upierdliwym i nieznośnym człowiekiem, jakiego dane było mi poznać.