czwartek, 7 grudnia 2017

Rozdział 5


Biorę głęboki wdech, a z moich skrzypiec wygrywają pierwsze nuty, jednego z trudniejszych utworów Antonio Vivaldiego. Wiem, że od tego jak zagram ten utwór, bardzo wiele zależy. Dlatego też, z najwyższą dokładnością próbuję odtworzyć w swojej głowie, jak powinny brzmieć kolejne dźwięki. Czas jaki poświęciłam na naukę tego utworu, za chwilę może zostać wynagrodzony. Po pierwsze uda mi się uzyskać zaliczenie dotychczasowej części zajęć. A dodatkowo osoba, która najlepiej zagra ten utwór otrzyma możliwość gościnnego wystąpienia w filharmonii wraz z profesjonalnymi, znanymi na cały kraj wykonawcami muzyki poważnej. 
Wiem, że to dla mnie największą szansą na spełnienie jednego ze swoich marzeń. Dodatkowo taki występ, mógłby otworzyć mi w przyszłości wiele drzwi, prowadzących do odniesienia sukcesu. 



Kończę grać i z wyczekiwaniem patrzę na twarz profesora, aby poznać jego opinię na temat wykonanego przeze mnie zadania. Wiedziałam, że jest bardzo surowy i wymagający. Na dodatek nie darzył mnie zbytnią sympatią. Wszystko przez moje niefortunne spóźnienie, na jego pierwsze zajęcia. 



- Dziękuję, Emily. Nie było najgorzej, ale nie wystrzegłaś się kilku błędów. Na zaliczenie wystarczy, jednak to nie do końca było to, o co mi chodziło - zaskakuje mnie jego opinia. Byłam pewna, że wszystko wykonałam perfekcyjnie. Jestem zła sama na siebie, czując że zaprzepaściłam swoją niepowtarzalną szansę. 


Następne osoby wykonują ten sam utwór, ale dla mnie nie ma to już znaczenia. W myślach, staram się odtworzyć sobie cały swój występ i doszukać się momentu, w którym popełniłam błąd. Nic jednak mi z tego nie wychodzi. 
Moje rozmyślania przerywa głos profesora, a ja wiem że nadszedł ten moment w którym poznamy najlepszą dzisiejszego dnia osobę. 
- Dziękuję wszystkim za wysiłek i poświęcony czas na naukę. Czas jednak, abym podjął decyzję, na którą pewnie wszyscy z niecierpliwością czekacie - przebiega wzrokiem po sali, milknąc na chwilę. 
- Po głębszym zastanowieniu, ogłaszam że to Mia, była najlepsza i otrzyma nagrodę - nie mogę uwierzyć, w to co słyszę. Jakim cudem to właśnie ona okazała się najlepsza, skoro ja sama potrafiłam odnaleźć w jej grze kilka błędów. Od samego początku, ta dziewczyna jest faworyzowana i zawsze jakimś cudem okazuje się najlepsza. Przez jej wybór, moje rozgoryczenie i złość jeszcze przybierają na sile. 




Opuszczam budynek w fatalnym humorze. Ostatnie dni, kiedy to bezgranicznie poświęciłam je na nauce, poszły na marne. Zaczynam się obawiać, że popełniłam błąd. Stawiając wszystko na jedną kartę i podporządkując całe swoje życie muzyce.
Nie znosiłam doznawać porażek, nie radziłam sobie z nimi najlepiej. A w szczególności ta, boli najbardziej. Czuję jak łzy bezsilności, zaczynają mimowolnie spływać po mojej twarzy. Staram się je powstrzymać, wiedząc że użalanie się nad sobą, nie ma większego sensu. Widocznie muszę pracować jeszcze ciężej i wytrwalej. 
Wyciagam z torebki swój telefon, z zamiarem zadzwonienia do Marca. Potrzebuję kogoś, komu mogłabym się wygadać. 



- Przepraszam, Emily ale nie mogę teraz rozmawiać. Mam pilne spotkanie, odezwę się jak tylko będę mógł - nie mogę nawet dojść do głosu, gdy słyszę że zakończył połączenie. 
To była największa wada naszej znajomości. Jego nieustanny brak czasu. Pracował po kilkanaście godzin dziennie, a na dodatek często wyjeżdżał w podróże służbowe. W ostatnim czasie, praktycznie się nie widywaliśmy. Dlatego wszystko pomiędzy nami, stanęło w miejscu. Marc zapewniał mnie, że już niedługo to się zmieni i będzie miał dla mnie, dużo więcej czasu. Czułam, że w jakimś stopniu mi na nim zależy, dlatego postanowiłam poczekać. Może to nie była jeszcze miłość, ale z czasem, kto wie jak to się może potoczyć. 



Po dotraciu do swojego mieszkania, czuję że nie dam rady się dzisiaj uczyć. Choć wiem, że powinnam. Egzamin z historii muzyki mam za dwa tygodnie, a jeszcze nawet nie zaczęłam się do niego przygotowywać. Mimo to, nie mam dzisiaj ochoty na jakąkolwiek naukę. Właściwie to, nie mam ochoty na cokolwiek. 
Czuję, że dłużej nie wytrzymam przebywania samotnie w czterech ścianach. Nie mam tylko pojęcia, do kogo mogłabym się udać. Spoglądam na zegarek, wiedząc że jest zdecydowanie zbyt późno, abym nachodziła panią Elinor. Do Tiny, też nie chcę dzwonić aby nie martwić jej niepotrzebnie swoim rozczarowaniem.
Gdy mam się już poddać i pogrążyć w swojej rozpaczy i rozpamiętywaniu wydarzeń dzisiejszego dnia. Słyszę jak drzwi od mieszkania obok się otwierają. Oznacza to, że Andreas właśnie skądś wrócił. 



Od naszej ostatniej sprzeczki, starałam się go uniknać. Zdawałam sobie sprawę, że posunęłam się wtedy za daleko. 
Nie myśląc długo, postanawiam zaryzykować i udać się do niego. Wiem, że jest ostatnią osobą, która mogłaby mi pomóc i spróbować pocieszyć. Ale nie został mi nikt inny. Najwyżej zatrzaśnie mi drzwi przed nosem i wyśmieje. Zdążyłam już przywyknąć do naszych kłótni. A w ostatnim czasie, zaczęło mi ich nawet brakować. 



Pukam niepewnie do jego drzwi, po chwili stając na przeciw niego. Widzę, że jest zdezorientowany moją obecnością. 
- Czegoś potrzebujesz? Czy może znowu, jak zwykle coś ci przeszkadza ? - zaczyna jak zwykle z niechęcią. 
- Możesz zapomnieć na ten jeden wieczór, że mnie nie cierpisz i zwyczajnie ze mną posiedzieć? Możemy nawet milczeć, po prostu potrzebuję czyjeś obecności - mówię zrezygnowanym głosem. Nawet się nie łudząc, że spełni moją prośbę. 
- Czyżby twój nowy chłopak już się tobą znudził? To chyba on powinien być od takich rzeczy - mierzy mnie wzrokiem z kpiącym uśmiechem. A ja zaczynam żałować, że w ogóle wpadłam na ten głupi pomysł. 
- Zapomnij. Nie wiem, po co w ogóle tu przyszłam - mam zamiar wrócić do siebie, gdy Andreas łapie mnie za rękę i zatrzymuje
- Poczekaj. Wejdź - nieoczekiwanie i ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu, przepuszcza mnie w drzwiach i zaprasza do środka. Przekraczam niepewnie próg zastanawiając się, czy na pewno dobrze robię. Nie mam już jednak odwrotu. I tak wystarczająco się już ośmieszyłam, prosząc się o jego towarzystwo. 
Idę za Andreasem w stronę jego salonu, chwilę potem zajmując miejsce w wygodnym fotelu. 
- Napijesz się czegoś? - pyta o dziwo, bez dotychczas towarzyszącej mu zawsze ironii. 
- Nie, dziękuję - odpowiadam, wpatrując się w niego, przy okazji natrafiając na jego przenikliwe spojrzenie. 
Kiedy zajmuje miejsce w fotelu obok. Uświadamiam sobie, że gdy jego twarzy nie wykrzywia grymas niezadowolenia i złości. Prezentuje się ona dużo lepiej. 



- Więc, co takiego się stało, że odważyłaś się przyjść do mnie. Musiałaś być bardzo zdesperowana - po krótkim zastanowieniu, postanawiam mu opowiedzieć, jak niesprawiedliwe mnie dzisiaj potraktowano. Słucha mnie z uwagą, ani razu nie przerywając. A ja jestem zdziwiona, z jaką łatwością przychodzi mi zwierzanie się akurat jemu. Miałam dziwne wrażenie, że to on jest właśnie tą osobą, która zrozumie mnie najlepiej. 



- Czasem nie warto być zbyt ambitnym. Akurat ja coś o tym wiem - słyszę, gdy tylko kończę swoją opowieść. 
- Ambicja to jedno, ale jak ty byś się czuł. Gdyby ktoś kompletnie nie potrafił docenić twojej pracy, a na dodatek potraktował tak niesprawiedliwe - wyrzucam z siebie. 
- Emily, takie jest życie. Wiesz ile razy ja, przechodziłem przez coś takiego? Jeszcze nie raz doświadczysz rozczarowania i niesprawiedliwości. To przecież nie koniec świata, jeszcze będziesz miała wiele okazji, aby pokazać na co cię stać. Masz w końcu duży talent - zaskakują mnie jego ostatnie słowa. Nie spodziewałam się także, że naprawdę będzie starał się mnie pocieszyć i okazać jakieś wsparcie. 
- Nie przypominam sobie, abyś kiedykolwiek słyszał jak gram, więc skąd możesz wiedzieć czy rzeczywiście coś potrafię? - zastanawiam się. 
- Chyba zapominasz, że mieszkamy obok siebie. Codziennie mam okazję, słuchać twoich popisów i nawet się już do nich przyzwyczaiłem. Choć na początku strasznie mnie to irytowało. Jak dla mnie twoja gra, brzmi całkiem nieźle. Pomimo, że nie jestem fanem muzyki klasycznej - po raz pierwszy, Andreas na swój własny sposób powiedział mi komplement. To będzie godna zapamiętania chwila. 



Rozmawiamy jeszcze przez jakiś czas, coraz lepiej czując się w swoim towarzystwie. Przy odrobnie naszej dobrej woli, naprawdę potrafimy ze sobą normalnie rozmawiać, bez ciągłego obrażania się i robienia sobie na złość. Szkoda tylko, że to jedynie chwilowe zawieszenie broni. Które praktycznie dobiega już końca. 



Gdy na zegarach wybija dwudziesta druga. Wiem, że powinnam się zbierać. 
- Pójdę już. Dziękuję, że poświęciłeś mi ten czas - mówię szczerze. Naprawdę będąc mu wdzięczna. Przecież wcale nie musiał tego robić. 
- Mam nadzieję, że wiesz o tym, że ten wieczór nic między nami nie zmienia. Nadal cię nie lubię - jego słowa nie brzmią wcale przekonująco. Wypowiada je dużo łagodniejszym głosem niż zazwyczaj. Wiem dlatego, że jednak coś się zmieniło, pomimo jego zaprzeczeń. 
- Tak samo jak ja ciebie. Wciąż jesteś okropnym sąsiadem. Dlatego życzę ci koszmarnych snów - odpowiadam. W wewnątrz czując jedynie rozbawienie. 



Będąc już w swoim mieszkaniu, uśmiecham się sama do siebie. Wellinger naprawdę poprawił mi humor. I nawet jeśli, wszystko jutro wróci do normy i znów staniemy się najgorszymi wrogami. Wiem, że było warto spędzić z nim ten dzisiejszy wieczór. Przy okazji mogąc poznać jego lepszą stronę, którą naprawdę polubiłam. Gdyby on tylko nie był tak uparty i chciał zakończyć ten bezsensowny konflikt pomiędzy nami, naprawdę moglibyśmy zostać dobrymi znajomymi. 



Przed snem, sprawdzam jeszcze swój telefon. Dostrzegając na nim, wiadomość od Marca. Przeprasza w niej za brak czasu i proponuje, abym spędziła z nim zbliżający się weekend, który obydwoje mamy wolny. Przez chwilę się nad tym zastanawiam. Rozważając za i przeciw. Ostatecznie postanawiając się zgodzić. To może okazać się przełomowy moment, dla naszej przyszłej relacji. 
Najgorsze było jednak to, że zaczynałam odczuwać mętlik i wcale już nie byłam do końca przekonana, czy rzeczywiście moja uczucia do Marca, są czymś większym niż tylko zwykłą sympatią.

3 komentarze:

  1. Wow, ale jesteś szybka :) normalnie rozdział za rozdziałem haha
    Ogromnie mi się podoba, że główna bohaterka gra na skrzypcach to takie wow
    Andreas troszeczkę niemiły i chamski, ale i tak go lubię!
    Rozczarowanie i niesprawiedliwość no właśnie najgorsze, że często nam wszystkim się przytrafiają ;////
    Oczywiście wspólny wieczór nic między nimi nie zmienia, ale i tak fajnie, że oboje dodają sobie otuchy mimo tego, że nie przepadają za sobą.
    aha i dodaję, że nie lubię Marca!
    Życzę weny i czekam na next'a chociaż z twoim tempem wiem, że nie będę musiała długo na niego czekać :D
    https://youreyeslooksad.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Emily została naprawdę niesprawiedliwie potraktowana, ale dzięki temu Andreas choć na chwilę pokazał że potrafi być miły i sympatyczny.Uwielbiam ich rozmowy, cieszę się że to własnie do niego Emily postanowiła pójść.Jak zwykle czekam na więcej ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę żal mi Emily że została tak niesprawiedliwe potraktowania ale z drugiej strony dzięki tej sytuacji zbliżała sie do Andreasa. Uwielbiam ich dogryzanie się.
    Pozdrawiam Wredna1216 :*

    OdpowiedzUsuń